Sztuka – najwyższe świadectwo wolności

 

Rozmowa z Joanną Tumiłowicz, artystką-plastyczką

 

Jeśli ktoś ma za sobą kilkanaście lat pracy jako matematyk w Instytucie Maszyn Budowlanych, a potem także kilkanaście jako muzyk w Filharmonii Narodowej, to co go skłoniło by zmienić swój zawód po raz trzeci, na malarstwo i tworzenie grafik?

 

Joanna Tumiłowicz: Przyczyną było poszukiwanie spełnienia i absolutnej wolności. Wykształcenie matematyczne dało mi precyzję w myśleniu i opieranie się na żelaznej logice. Śpiewanie w Filharmonii to była wielka przygoda we współtworzeniu dzieł muzycznych. Wspaniałe przeżycia sięgające niekiedy stanu ekstazy, w istocie były jednak działaniem artystycznym odtwórczym, bo to nie ja komponowałam ową muzykę, byłam tylko jednym z wielu wykonawców. W pracy artysty plastyka jestem od początku do końca twórcą, a nie odtwórcą, nikt nie kierują moją ręką gdy maluję, rzeźbię, wykonuję artystyczne tkaniny. Nikt nie daje żadnych wzorów do naśladowania. Mogę się inspirować całym otaczającym mnie światem, i tym na zewnątrz mnie, i tym, co jest we mnie. Nikogo nie kopiuję, nie słucham rad, jestem absolutnie wolna, a pomysły na szczęście przychodzą każdego dnia.

 

 

Znów wrócę do pytania – matematyka, potem muzyka. Jak z tego wyszło malarstwo?

 

Joanna Tumiłowicz: Mogę powiedzieć, że malarstwo zawsze gdzieś we mnie tkwiło. Może to nawet rodzinne, bo moi dwaj wujowie ukończyli przed wojną Akademię Sztuk Pięknych. Od najmłodszych lat dobrze rysowałam i nawet dziwiłam się, że nie wszystkie dzieci tak potrafią. Nieumiejętność wykonania dobrego rysunku u mojego starszego brata i młodszej siostry traktowałam niemal jak jakieś upośledzenie. Niedawno znalazłam swoje stare zdjęcie z przedszkola. Miałam wtedy 3 lata i wykonałam pierwszą dużą pracę. Narysowałam kredą na tablicy Pałac Kultury i Nauki w Warszawie, który właśnie w tym roku oddano do użytku. Byłam chyba najmłodsza w tym niewielkim przedszkolu prowadzonym przez siostry zakonne. Zgłosiłam się po wycieczce do Pałac Kultury i Nauki w Warszawie, że narysuję tę budowlę, tylko trzeba mi ustawić przy tablicy krzesło, bo jestem za niska. To wtedy był mój pierwszy wernisaż. Stoję dumna na przedzie, a za mną inne dzieci. Robiłam rysunki do pamiętników koleżanek, szyłam ubranka dla moich lalek, ale ponieważ w szkole wykazywałam zdolności do przedmiotów ścisłych rodzice uznali, że będzie lepiej iść na „konkretne” studia.

 

Osiem grzechów pospolitych wg Tumiłowicz

 

I teraz się żałuje tamtej decyzji?

 

Joanna Tumiłowicz: Skądże znowu. Nie traktuję tego jako błąd. Matematyka była wtedy moim spełnieniem i ogromnie wiele mi dała. Nieźle sobie radziłam w pracy w Instytucie Maszyn Budowlanych, mogłam robić doktorat, ale przyszły cięższe czasy – transformacja gospodarcza. Instytut miał się przenieść z Warszawy do podmiejskiej Kobyłki. W domu czekały małe dzieci wymagające ciągłego doglądania, a ja miałabym codziennie ponad godzinę dojeżdżać z Ursynowa poza miasto. Świadomie poszukałam innego zajęcia, a ponieważ zawsze lubiłam śpiewać i miałam za sobą średnią szkołę muzyczną, a następnie prywatne studia u najlepszych wówczas profesorów kształcących głos, mogłam zostać śpiewaczką i wykonywać ten zawód w Warszawie. Przy okazji okazało się, że tok zajęć Chóru Filharmonii Narodowej pozwalał mi na pracę na pełnym etacie i opiekę nad dziećmi, które uczęszczały do szkoły. Do domu wracałam ok. 13.-14. Od strony emocjonalnej również było to bardzo korzystnie – kontakt ze wspaniałą sztuką muzyczną, wchodzenie na wyżyny ludzkiego talentu, gdy się śpiewa Amadeusza Mozarta, Johanna Sebastiana Bacha, Ludwiga van Beethovena, Johannesa Brahmsa, Antona Brucknera, Igora Strawińskiego. Tego się nie da opisać.

 

I to się po 18. latach urwało?

 

Joanna Tumiłowicz: To był etap prowadzący do artystycznej emerytury, na którą wówczas zawodowi śpiewacy mogli przechodzić wcześniej niż inni. Pracując, ciągle jako muzyk w dużym zespole, poszukiwałam także możliwości zrobienia czegoś „solo”, co będzie tylko moim dziełem. Pomyślałam, że może to być prowadzenie kroniki zespołu i po każdym koncercie zbierałam do niej wpisy. Podczas pobytu Filharmonii Narodowej w Watykanie uzyskałam nawet osobisty wpis Papieża Jana Pawła II. Wykonałam też opracowanie graficzne okolicznościowej publikacji książkowej na 100-lecie Filharmonii Narodowej. Współpracowałam wreszcie ze znaną scenografką Krystyną Zachwatowicz, żoną Andrzeja Wajdy, przy projektowaniu nowych strojów dla żeńskiej części zespołu. Były to długie czarne suknie z bardzo misternie wykonanymi koronkowymi, białymi kołnierzami, zrobionymi przez ludowe artystki z Koniakowa. To były już pierwsze zwiastuny mojego przyszłego zaangażowania w sztuki piękne. Na wielu koncertach miałam wręcz barwne wizje związane z dziełami muzycznymi – w mojej wyobraźni wrażenia dźwiękowe układały się w liczne wyobrażenia kolorystyczne. Wiem, że na tym polega synestezja, a więc wrodzona zdolność do przetwarzania wrażeń jednego zmysłu, np. słuchu, w odczucia czy wyobrażenia charakterystyczne dla innych zmysłów, np. wzroku.

 

Stabat Mater – wystawa Joanny Tumiłowicz

 

Czyli natura, jakiś wewnętrzny imperatyw kazał się zająć plastyką?

 

Joanna Tumiłowicz: Nie tylko, bo były także przyczyny całkiem zewnętrzne. Zakończenie pracy w Filharmonii Narodowej zbiegło się z tym, że dzieci, już dorosłe, założyły własne rodziny i wyprowadziły się. Gwałtownie wzrosła ilość wolnego czasu. Mąż zapisał mnie na tzw. rok zerowy na Wydziale Grafiki Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, aby sprawdzić, czy moje predyspozycje i potencjał dadzą się rozwijać. Po roku zachęcana przez profesorów zdałam na pierwszy rok studiów. Akademia Sztuk Pięknych nie wprowadziła limitu wieku studenta, moi koledzy i koleżanki byli młodsi od moich własnych dzieci. Chłonęłam wiedzę i umiejętności praktyczne, co mi bardzo odpowiadało, uczestniczyłam w wystawach zbiorowych, ale pojawiły się też ekspozycje indywidualne. Zrobiłam licencjat, potem magisterium. Tak zasmakowałam w tym życiu artystycznym, że zdałam jeszcze na studia doktoranckie, tym razem na Wydziale Malarstwa Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, bo czułam, że tu jeszcze poszerzę spektrum moich doznań i powiększę umiejętności. Wielka w tym zasługa mojego Mistrza, prof. Jacka Dyrzyńskiego, wówczas kierownika Pracowni Struktur Wizualnych. W tej pracowni można było robić najróżniejsze eksperymenty formalne, nie tylko w ramach tradycyjnego obrazu, stosować rozmaite materiały, wychodzić w plener, organizować performanse, konstruować instalacje itd. Tutaj był także teren gorących dyskusji.

 

Pojawiły się też nagrody artystyczne.

 

Joanna Tumiłowicz: Tak, ale dla mnie nagrodą jest każda możliwość ekspozycji, zderzenie się z opinią odbiorców, nawiązanie jakiegoś dialogu. Niepokoi mnie zupełna obojętność niektórych osób przychodzących na wernisaż. Przebiegają jak meteory w pobliżu prac i ustawiają się przy stoliku z poczęstunkiem, czytaj – alkoholem. Dlatego za najbardziej udane wystawy uważam te, podczas których dochodzi do jakiegoś sprzężenia zwrotnego w postaci konkursu związanego z wystawą, quizu, testu, ankiety itd. Np. w mojej instalacji pt. „Dlaczego palisz?”, zbudowanej z ogromnych pudeł z papierosami, ustawiłam urnę, karteczki i ołówki, aby zwiedzający odpowiedzieli na to pytanie. Po dwóch tygodniach w urnie było ponad 200 odpowiedzi, na podstawie których powstała nawet publikacja w fachowym czasopiśmie medycznym – wydawanym w języku angielskim. Pomysł artystyczny znalazł przedłużenie w całkiem innej dziedzinie. Wystawę grafik pt. „Historia malarstwa w pigułce”, złożoną z kilkunastu parafraz dzieł słynnych autorów, wzbogaciłam o konkurs – test, połączenie nazwisk tych artystów z oryginalnymi tytułami dzieł. I trzeba było rozpoznać jeszcze polskie elementy umieszczone na grafice. Okazuje się, że taki mechanizm aktywizacji uwagi zwiedzających, po pierwsze działa, po drugie pozwala przyjrzeć się pracom bardziej uważnie, co jest korzystnym czynnikiem pomagającym edukacji w dziedzinie sztuki. Wiedza, którą człowiek wynosi ze szkoły podstawowej, a także średniej ogólnokształcącej, jest zawstydzająco uboga w dziedzinie sztuki muzycznej i sztuk wizualnych. Praktycznie zerowa. Gusty kształtują media elektroniczne i reklama.

 

Zmiana postrzegania

 

To dla kogo są te wszystkie wystawy, wernisaże, pokazy i performanse?

 

Joanna Tumiłowicz: Głównie dla samych wystawiających plastyków oraz „krewnych i znajomych królika”. Czasem przychodzą fachowcy, specjaliści w dziedzinie sztuki współczesnej, a także kolekcjonerzy, ale oni się interesują tylko wybranymi pracami polecanymi przez zaprzyjaźnionych kuratorów. Krytyka sztuk plastycznych praktycznie nie istnieje. W mediach pojawiają się najwyżej jedno, dwa nazwisk znawców przedmiotu. Jednak nie ma co rozdzierać szat. Trzeba działać i starać się obejmować jak najszersze kręgi widzów, odbiorców różnego rodzaju. Taką również widzę rolę dla siebie. Zresztą podobną misję popularyzacyjną prowadziłam, wśród studentów Wydziału Grafiki Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, starając się ich przekonać do chodzenia na koncerty muzyki klasycznej.

 

Czy były jakieś sukcesy w tym działaniu?

 

Joanna Tumiłowicz: W promowaniu muzyki na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie – połowiczne. W plastyce, dla mnie, sukcesem jest każda udana prezentacja. Działam sama, czasem zabiegam o pomoc różnych instytucji i o współpracę społeczników. Tak było np. przy powstawaniu ruchomej instalacji „Klepsydra” na stadionie warszawskiego Robotniczego Klubu Sportowego Skra, filmowanej ze startujących balonów. Instalacja miała przypominać o jubileuszu Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie i wymagała zaangażowania kilkudziesięciu ludzi ubranych jednakowo, którzy przechodząc przez przewężenie klepsydry mieli symbolizować przemianę studentów w wykształconych artystów. Koszulki ufundował Polski Komitet Olimpijski, uczestnikami happeningu byli uczniowie społecznego liceum „siedemnastka” oraz przypadkowi przechodnie. To była duża akcja, udana i zarejestrowana.

 

18. Warszawskie Targi Sztuki

 

Innym sukcesem według mnie była instalacja „Zmiana postrzegania”, która wymagała zaaranżowania trzech sąsiadujących ze sobą toalet na Wydziale Malarstwa Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Pomysł, może trochę kontrowersyjny, związany był ze 100-leciem odzyskania niepodległości. Pierwsza z toalet stała się tradycyjną „sławojką”, przypominającą działania ministra Sławoja Składkowskiego, przed wybuchem II wojny światowej. Drugą toaletę przekształciłam w „Bibliotekę Wydziałową”. Zamontowałam regał z książkami, aby z nich korzystać na miejscu lub zabrać ze sobą. To było przypomnienie pierwszej biblioteki publicznej, Biblioteki Załuskich, z której wyłoniła się Biblioteka Narodowa. Trzecią zaaranżowano w „Bar mleczny”, przypominając pierwszą taką placówkę w Warszawie założoną przez Stanisława Dłużewskiego w końcu XIX wieku. Tutaj nie było nic konkretnego do jedzenia, tylko atrapy, fantomy, oraz cennik potraw i liczne hasła w typie: „Bo zawżdy ci więcej jedzą, którzy bliżej misy siedzą”. Ta instalacja funkcjonowała dłużej niż pół roku i cieszyła się zainteresowaniem studentów, kandydatów na studia i pracowników uczelni.

 

Czy pojawiła się może chęć uczenia innych choćby podstaw rysunku, malarstwa, grafiki? Przecież nie każdy potrafi poprawnie narysować czy namalować człowieka, czy np. coś, co jest podobne do konia, psa, czy choćby zachód słońca.

 

Joanna Tumiłowicz: Jeszcze o tym nie pomyślałam, ale to w sumie bardzo proste, bo współcześnie można się posłużyć fotografią, jest mnóstwo technicznych sposobów odwzorowania widzialnej rzeczywistości, a komputer pomaga to przetworzyć albo zdeformować. I w końcu można się poświęcić sztuce abstrakcyjnej. Ważne, czy to, co się stworzy staje się jakoś interesujące, np. kompozycyjnie, kolorystycznie, tematycznie, ideowo itd. Możliwości wyboru formy jest mnóstwo. Można wreszcie stworzyć jakąś absolutnie nową technikę plastyczną, czy narzędzie tworzenia. Nowinki są w cenie, choć także dobre malarstwo figuratywne ma swoich zapalonych odbiorców. Jedno jest pewne, aby stworzyć coś wartościowego trzeba się dobrze napracować.

 

Skąd się biorą te wszystkie kreatywne pomysły. Czy liczne wyjazdy zagraniczne stanowią katalizator?

 

Joanna Tumiłowicz: Pomysły tworzą się w głowie, a wyjazdy zagraniczne do egzotycznych krajów mogą wzbogacić paletę rozmaitych doznań. Zresztą zwykle stają się impulsem do powstawania nowych prac i organizowaniem nowej wystawy. Wyjazd jest też sposobem na oczyszczenie pamięci i wyobraźni, które tkwią we mnie podczas pracy. Gdy przybyłam do Meksyku coś, co mnie niesłychanie zachwyciło, to silne światło, które sprawiło, że zupełnie inaczej niż w Polsce odbierałam kolory. A jeszcze kontakt ze starożytną kulturą Majów z miejsca uruchomił wyobraźnię, czego efektem była wystawa „Yucatan”.

 

Joanna Tumiłowicz: Meksyk nie daje mi spokoju

 

Z kolei wyprawa na Madagaskar uruchomiła wyobraźnię na skutek lokalnych obyczajów związanych z lemurami, które są endemiczną fauną tej wyspy. Zaskoczyło mnie, że mieszkańcy tradycyjnie boją się tych raczej niegroźnych małpiatek. Ten strach z jednej strony paraliżuje, co sprawia, że np. podróżując łodzią nocą po rzece nie zapala się żadnych świateł w obawie przed „złymi duchami”, a to może doprowadzić do wypadku. Mało tego, ów strach i wrogość wobec niektórych gatunków lemurów sprawił, że wybito co do jednego największą odmianę tych zwierząt wielkości goryla lub człowieka. Te straszne wydarzenia pobudziły moją wyobraźnię i stanęły u podstaw jednego z cykli artefaktów symbolizujących strach, gdzie pojawiła się także wykonana przeze mnie głowa lemura.

 

Można powiedzieć, że wszystko, co się wokół mnie dzieje może mieć jakiś wpływ na nowe prace, nowe pomysły. Ale tak naprawdę to przecież doświadczenie życiowe kieruje moim postępowaniem, dosyć długie już doświadczenie, w którym czerpałam doznania z bardzo wielu miejsc. Interdyscyplinarnie. Na pewnej konferencji naukowej wygłosiłam kilka lat temu referat na temat interdyscyplinarności u artystów. Tacy twórcy, którzy sprawdzili się w wielu dziedzinach budzą mój największy podziw. Stanisław Wyspiański, Stanisław Ignacy Witkiewicz, Bogusław Schaeffer są tego najlepszym przykładem. Historia zna wielkich geniuszy Renesansu, takich jak Leonardo da Vinci. Mogę zacytować zdanie z ciekawej książki o Michale Aniele Buonarottim „Udręka i ekstaza”:Sztuka jest kontynuacją ludzkiego życia, czymś wiecznotrwałym, co wiąże przyszłość z przeszłością, stanowi przezwyciężenie śmierci; jak długo bowiem żyje sztuka, żyje człowiek.” Nie wiem, czy Michał Anioł sam wypowiedział te słowa, czy tylko autor książki Irving Stone. Wiadomo jednak, że ten artysta miał ogromny potencjał twórczy, nie tylko był genialnym rzeźbiarzem, ale wymalował też Kaplicę Sykstyńską, budował umocnienia i fortyfikacje dla obrony Florencji, projektował swoje domy, pracownie i drogi do transportowania bloków marmuru, a gdy się zakochał pisał wspaniałe Sonety. Taką drogą może podążać każdy prawdziwy twórca.

 

Dziękuję za rozmowę

 

Franciszek Jacik

 

Joanna Tumiłowicz posiada wykształcenie matematyczne oraz muzyczne, i w każdej z tych dziedzin posiada spory dorobek zawodowy. Między innymi przez 18 lat pracowała w Filharmonii Narodowej. W 2013 roku obroniła dyplom magistra na Wydziale Grafiki Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie w Pracowni Grafiki Warsztatowej prof. Rafała Strenta, Pracowni Projektowania Książki i Ilustracji prof. Zygmunta Januszewskiego oraz aneks w Pracowni Struktur Wizualnych prof. Jacka Dyrzyńskiego. Następnie ukończyła studia doktoranckie na Wydziale Malarstwa Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, a w 2020 roku uzyskała stopień naukowy doktora sztuki. Ma na koncie kilkadziesiąt wystaw indywidualnych w Polsce i za granicą. Jest dwukrotną laureatką konkursu Grafika Warszawska. Znalazła się też w gronie finalistów konkursu Nagroda Artystyczna Siemensa 2013. Jej prace znajdują się w muzeach i zbiorach prywatnych w Polsce, Niemczech, Rosji, Japonii i we Włoszech. Jest recenzentem muzycznym. Wykonuje dla prasy testy na inteligencję i spostrzegawczość.

 

Agencja Informacyjna, Wywiady, / 21.11.2021

Related Post