Tomasz Jan Chlebowski o Zdzisławie Tadeuszu Łączkowskim: Żegnaj, przyjacielu!

 

Dzidek, jak w tytule filmu o nim. Zdzisław Tadeusz Łączkowski, jak na okładkach jego ponad czterdziestu książek. Ja nazywałem go Zdzisiek… Rodzinnie, przyjaźnie, z wielką sympatią i szacunkiem. Od pierwszego naszego spotkania w jego malutkim, wypełnionym po brzegi książkami mieszkaniu na ul. Falęckiej w Warszawie. Na ostatnim piętrze. Tam było bliżej nieba. Ale jako poeta nie tylko wzlatywał ulotnie ku górze. Był obecny na ziemi, blisko człowieka. Takim go zapamiętałem. Takim był zawsze.

Ogromnie wierzył w młodość. Zawsze otoczony młodymi ludźmi. Pomagał niektórym, nie tylko radą, w wielu życiowych problemach. Niektóre z nich polecał mi, ufając w moją modlitwę. Był z młodymi, bo czuł się wśród nich młody. Taki sposób na szybko przemijające dni i lata. jakby chciał je zatrzymać, zaczarować, uwięzić. Oddany całkiem literaturze nie założył rodziny. Czuł się dobrze wśród swoich książek, czytelników, kolegów literatów. To była jego wielka rodzina. Bardzo cenił i szanował osoby duchowne. Może poprzez swoją głęboką religijność?

Gościnność była wpisana w jego naturę. Dom zawsze otwarty dla wszystkich. Kilka razy nocowałem w jego ciasnym, kawalerskim mieszkaniu. Z trudem odnalazłem kawałek podłogi by się położyć. Ale miejsce zawsze było! Bezinteresowna pomoc. A przecież pojawiałem się bez żądnych wcześniejszych zapowiedzi.

Mogę powiedzieć, że Zdzisiek stał się moim mentorem. Dzięki niemu wszedłem w świat warszawskich literatów. Znał praktycznie wszystkich. Wszyscy znali jego. Spotkania w „Literatce”, na rogu Placu Zamkowego, wspólne wyjazdy na poetyckie spotkania i konkursy.

Przegadane o poezji i literaturze noce. Obowiązkowo przy lampce wina i gorącej herbacie. Przynosiłem mu moje wiersze. Czytał uważnie. Prosiłem, by szczerze poddawał je ocenie. Bo obawiałem się, że z sympatii nie wskaże mi moich literackich niedoskonałości. Na moich wieczorach poezji, gdzie praktycznie zawsze był obecny, po prostu „kadził”. Jakbym był jakimś wybitnym poetą. A przecież nie byłem. Pewnego razu, do zanurzonego w swoich laudacjach na mój temat, cicho rzekłem do niego, nieco zaniepokojony: „Zdzisiek, nie przesadzaj!”. Spojrzał na mnie spod okularów. Chwila przerwy. Niewielka. I… nadal kontynuował w swoim stylu, jeszcze bardziej wychwalając moją poezję ponad niebiosa.

Lubiłem czytać nie tyle wiersze Zdziśka, co jego dzienniki. Opowieści, które pokazywały jego życie, wypełnione ludźmi, spotkaniami, miłością do literatury. Podobały mi się jego książki, okrzyknięte nowatorskimi w czasie, gdy się ukazały. „Gad” i „Piękna Rahab” rzeczywiście pod względem stylu są wyjątkowe.

 

 

Ostatni raz Zdziśka słyszałem przez telefon. Był już w jakimś domu starości gdzieś pod Warszawą. Potem gdzieś jeszcze dalej. Akurat po dwóch latach powróciłem z Meksyku. Głos nieco słabszy. Domyśliłem się, że nie jest zbyt dobrze. Ostatnie nasze spotkania to czas, gdy walczył o wzrok. Głos słaby, ale ta sama w nim życzliwość, dobro, gościnność.

W tych dniach często wracały do mnie myśli, co u Zdziśka? Nie wiem, dlaczego. Po prostu, pojawiały się we mnie, bez przyczyny. Zamieniałem je w modlitwę. I nagle wiadomość: Zdzisiek nie żyje. Niby naturalna kolej rzeczy. Dożył pięknego wieku. Ale mimo to, trudno w to uwierzyć. Miłość do bliskich osób sprawia, że na śmierć jest zawsze zbyt wcześnie. Nigdy nie jest odpowiedni moment.

Na ścianach ciasnego mieszkania na Falęckiej, pośród różnych obrazów, pamiątek, zdjęć, wisiały też stare klucze. Na pewno któryś z nich był tym, który otworzył mu bramy nieba. Żegnaj, kochany przyjacielu! Dziękuję za twoją obecność i ślady, które we mnie pozostawiłeś. Do zobaczenia w niebie!

 

Agencja Informacyjna

 

Tomasz Jan Chlebowski

Agencja InformacyjnaOpinie, 1.04.2018

 

Related Post