Miłosz Manasterski: eDziennik, czyli 19 milionów powodów do weta
Agencja Informacyjna – Opinie | Miłosz Manasterski: Dwa tygodnie po ujawnieniu ataku na system MyDr, który według informacji rządu mógł objąć dane blisko dziewiętnastu milionów Polaków, rząd chciał zbudować kolejny wielki zbiór — tym razem z numerami PESEL, zdjęciami, ocenami i frekwencją uczniów. Prezydent Karol Nawrocki odmówił podpisu. Czy państwo, które po dwóch tygodniach wciąż nie potrafi powiedzieć obywatelom, czy ich dane znalazły się w wycieku, jest gotowe budować tak wielką bazę danych o polskich dzieciach?
Czytaj dalej
Wszystko pod jednym dachem
Ptolemeusze wpadli na pomysł, który do dziś wydaje się genialny: zgromadzić w jednej instytucji możliwie pełny zbiór ówczesnej wiedzy. Według późniejszych przekazów każdy okręt wpływający do aleksandryjskiego portu był przeszukiwany, a znalezione zwoje trafiały do skryptorium — właścicielowi oddawano odpis, oryginał zostawał w bibliotece. Kallimach opisał ten zbiór w stu dwudziestu księgach katalogu i przez kilka pokoleń Aleksandria była miejscem, w którym ludzkość naprawdę wiedziała, co wie.
Potem biblioteka zniknęła. Nie w jedną noc i nie od jednego ognia — najpierw pożar w porcie za Cezara, potem kolejne wojny, cięcia i obojętność kolejnych władców. Zbiór doskonały okazał się zbiorem kruchym, bo jego wartość i jego słabość miały to samo źródło: wszystko było w jednym miejscu. Dwadzieścia trzy wieki później ta sama pokusa wraca, z tą różnicą, że dziś zbiór nie potrzebuje budynku, wystarczy mu serwer. A serwer, w odróżnieniu od zwoju, okrada się zdalnie, hurtowo i bez świadków.
Lekcja sprzed dwóch tygodni
12 sierpnia wicepremier Krzysztof Gawkowski poinformował o ataku na MyDr — oprogramowanie, z którego korzysta około dwunastu tysięcy placówek medycznych. Ministerstwo Cyfryzacji mówiło o skradzionej bazie przekraczającej dwa terabajty i o danych blisko dziewiętnastu milionów pacjentów: numerach PESEL, informacjach o lekach, receptach, wizytach i dokumentacji medycznej. Sama firma w komunikacie z 14 sierpnia pisała ostrożniej, o „archiwalnych zasobach, głównie z 2024 roku i wcześniejszych lat”. Śledztwo prowadzi Centralne Biuro Zwalczania Cyberprzestępczości pod nadzorem Prokuratury Okręgowej w Warszawie, kontrolę wszczął także UODO.
Najbardziej konkretną radą, jaką państwo miało w tym momencie dla obywatela, było: zastrzeż PESEL w mObywatelu. Trudno odmówić jej słuszności, tyle że higiena jest tu obowiązkiem poszkodowanego, a nie tego, kto rozlał. 18 sierpnia firma przyznawała, że jest dopiero „na końcowym etapie ustalania” zakresu incydentu, a służby wciąż ustalały okoliczności zdarzenia. Rządowy portal bezpiecznedane.gov.pl danych z MyDr w tym czasie jeszcze nie zawierał.
Gawkowski nazwał sprawę jednym z największych incydentów w historii Polski i zapowiedział, że sprawcy będą ścigani bez litości. Zapewne będą. Tylko że dane, raz wyprowadzone, nie wracają. Jeśli wśród nich znalazła się informacja o diagnozie sprzed dziesięciu lat, nie da się jej unieważnić jak karty płatniczej ani zagwarantować, że wszystkie kopie zniknęły.
Od Morele do MyDr
Kto uważa tę sprawę za wypadek przy pracy, ten nie czytał kroniki ostatnich lat. W 2019 roku UODO nałożył na sklep Morele.net rekordową wówczas karę za utratę danych ponad dwóch milionów klientów; sprawa latami wracała potem do sądów. W listopadzie 2023 roku ransomware sparaliżował ALAB Laboratoria i do sieci trafiły wyniki badań kilkudziesięciu tysięcy pacjentów z lat 2017–2023, razem z nazwiskami, PESEL-ami i adresami. W kolejnych miesiącach publikowano następne pakiety, w tym dane pracowników. Firma okupu nie zapłaciła, więc płacili ci, którzy o żadnym okupie nigdy nie słyszeli.
Cztery miesiące wcześniej, w lipcu 2023 roku, cel był poważniejszy. Atak na Akademię Sztuki Wojennej — uczelnię kształcącą przyszłych dowódców — nie tylko wyprowadził dane, ale zniszczył je na miejscu, bo napastnicy użyli oprogramowania kasującego zawartość dysków. Opublikowali fragmenty list z nazwiskami i stanowiskami, a skutków przez wiele tygodni nie dało się usunąć: pracownicy nie mieli dostępu do własnych komputerów i służbowej poczty. Wskazano wtedy na rolę zewnętrznego dostawcy usług — i to jedyne, co ta sprawa ma wspólnego z MyDr, bo mechanizm ataku był inny.
Skutek tej serii widać w liczbach i to jest najsmutniejsza część historii. W sierpniowym badaniu BGR Quantic, przeprowadzonym metodą CAWI na próbie 1073 dorosłych Polaków, o wycieku słyszało 81,9 procent. Żadnego z wymienionych działań ochronnych nie podjęło 57,2 procent. Numer PESEL zastrzegło 2,6 procent, a tylko co piąty badany dokładnie wiedział, gdzie sprawdzić, czy jego dane wypłynęły. To nie jest lenistwo. To rezygnacja obywatela, który dawno przestał wierzyć, że panuje nad tym, co państwo i firmy o nim wiedzą.
I właśnie w takim momencie przychodzi się do niego z propozycją kolejnego rejestru. Zaufanie nie jest w cyfryzacji miękkim dodatkiem do projektu, tylko jego fundamentem — bez niego zostaje sam przymus. Po nagłośnieniu wycieku PESEL zastrzegło 2,6 procent badanych. I w takiej chwili rząd chce przekonać rodziców, że dane ich dzieci w nowym centralnym systemie będą bezpieczne.
Dwieście szesnaście milionów i pytanie o proporcje
Resort edukacji szykował pilotaż państwowego eDziennika: start 22 września, co najmniej osiemnaście szkół, a od września 2027 roku udostępnienie systemu kolejnym zainteresowanym placówkom. Udział miał być dobrowolny. Koszt budowy i dziesięcioletniego utrzymania oszacowano na 216,5 miliona złotych, system budują Ministerstwo Cyfryzacji i Centralny Ośrodek Informatyki, a wejście do niego ma prowadzić przez mObywatela.
Argumenty ministerstwa warto przytoczyć w ich najmocniejszej wersji. Rodzic zyskuje bezpłatny dostęp do funkcji, za które część dostawców dziś pobiera opłaty, i to bez reklam. Szkoła zyskuje integrację z Systemem Informacji Oświatowej i mniej ręcznego przepisywania tych samych danych. Uczeń, który w trakcie roku zmienia szkołę, nie zaczyna od zera. To są realne korzyści i nie ma sensu udawać, że ich nie ma. Pytanie brzmi, czy ich skala uzasadnia zbudowanie centralnego systemu obejmującego tak szeroki katalog informacji o dzieciach.
Bo katalog jest szeroki. Przetwarzane miały być między innymi numery PESEL, zdjęcia i adresy uczniów, oceny, tematy lekcji, frekwencja i przyczyny nieobecności, informacje o indywidualnych potrzebach wynikających z zaleceń zawartych w orzeczeniach i opiniach, a także dane kontaktowe rodziców. Związek Powiatów Polskich wskazywał, że narusza to zasadę minimalizacji danych. Polska Izba Informatyki i Telekomunikacji zwracała uwagę, że państwo występuje jednocześnie jako regulator rynku i jego uczestnik.
Nie każda z tych informacji jest formalnie daną szczególnej kategorii w rozumieniu RODO. Ale część z nich może ujawniać zdrowie, potrzeby edukacyjne albo przekonania religijne — frekwencja na lekcji religii pozwala wnioskować o wyznaniu dziecka, a zwolnienie z wychowania fizycznego o jego zdrowiu. Wszystkie zaś dotyczą osób małoletnich, które same o niczym tu nie decydują.
mDowód tak, eDziennik nie
Rejestry krajowe mają sens wtedy, kiedy ułatwiają obywatelowi życie. Za to cenimy mDowód, którego nie trzeba nosić w portfelu, i eReceptę, po którą nie trzeba jechać do przychodni. To są rozwiązania, które coś obywatelowi oddają w zamian za jego dane. Cyfrowy tornister oddaje znacznie mniej — przenosi dokumentację ucznia z rozproszonego rynku prywatnych systemów do jednego systemu państwowego. Trochę jak w aleksandryjskim porcie: oryginał zostaje w zbiorze, a właściciel dostaje odpis, dziś nazywany podglądem w aplikacji.
Zwolennicy ustawy odpowiadają, że dziś dane uczniów też są w rękach firm i że tam również dochodziło do naruszeń. To argument uczciwy i trafny. Centralizacja sama w sobie nie musi oznaczać gorszych zabezpieczeń — jednolity standard, audyt i profesjonalny zespół bezpieczeństwa bywają mocniejsze niż kilkanaście rozwiązań o nierównym poziomie. Ma jednak swoją cenę: powiększa zasięg skutków jednego udanego włamania. Każdy błąd w zabezpieczeniach takiego systemu kosztuje nieporównanie więcej. Właśnie o tym opowiada sierpniowa historia MyDr — jedno oprogramowanie, dwanaście tysięcy placówek, dwa terabajty danych.
W Senacie mówił o tym senator Kazimierz Wiatr z PiS, informatyk i były dyrektor centrum superkomputerowego, ostrzegając przed ryzykiem naruszenia w systemie z piętnastoma milionami użytkowników. Centralny Ośrodek Informatyki odpowiedział, że jego systemy, w tym mObywatel z dwunastoma milionami użytkowników, nie odnotowały nieuprawnionego dostępu. To prawda i nie ma powodu w nią wątpić. Tylko że mObywatel jest portfelem na dokumenty, które i tak nosimy przy sobie, a eDziennik ma być archiwum przebiegu całej szkolnej drogi dziecka. Obie bazy mierzy się tą samą miarą bezpieczeństwa. Ich utrata kosztuje zupełnie inaczej.
Kto tu jest lobbystą
Prezydent zawetował ustawę 28 sierpnia i zaczął od zastrzeżenia, że „sama idea wprowadzania cyfrowych rozwiązań w postaci eDziennika jest słuszna i powinna być realizowana”. Zakwestionował sposób, w jaki resort edukacji podszedł do wdrożenia, i wskazał trzy problemy. Pierwszy to bezpieczeństwo dzieci: ustawa przewiduje centralny system z wrażliwymi danymi uczniów — numerami PESEL, zdjęciami, ocenami, frekwencją oraz informacjami o specjalnych potrzebach edukacyjnych. „Jeżeli tworzymy tak ogromną bazę danych, jej bezpieczeństwo musi być absolutnym priorytetem. Tymczasem ustawa nie daje wystarczających gwarancji dotyczących zabezpieczenia tych informacji i dostępu do nich” — ocenił Karol Nawrocki.
Drugi problem to koszty. Ponad dwieście milionów złotych z pieniędzy publicznych wymaga, zdaniem prezydenta, uzasadnienia: „Państwo musi potrafić jasno wykazać, że taki wydatek jest konieczny i racjonalny”. Trzeci to chaos organizacyjny — pilotaż ruszał bardzo szybko, a nauczyciele zwracali uwagę, że szkoły potrzebują czasu, szkoleń i przygotowania. Trudno uznać ten zarzut za wyssany z palca. Związek Nauczycielstwa Polskiego domagał się pogłębionych konsultacji i ostrzegał przed podwójnym prowadzeniem dokumentacji w okresie pilotażu, a oświatowa „Solidarność” 17 sierpnia wprost zaapelowała do prezydenta o weto, żądając między innymi ograniczenia zakresu przetwarzanych danych i dobrowolności udziału szkół.
Warto przy tym pamiętać, jak ta ustawa przechodziła przez parlament. W trzecim czytaniu 31 lipca głosowało za nią 251 posłów, przeciw było 24, a 168 wstrzymało się od głosu. Jedynym klubem konsekwentnie przeciw była Konfederacja, większość posłów PiS wstrzymała się, Senat przyjął ustawę bez poprawek. Weto nie jest więc przedłużeniem parlamentarnej wojny, tylko reakcją na ustawę, która przeszła przez Sejm niemal bez oporu.
Ministra Barbara Nowacka nazwała decyzję wetem „lobbystycznym”, a wiceministra Katarzyna Lubnauer oceniła, że ma ono bardzo konkretną cenę i zapłacą ją rodzice oraz dzieci. Kłopot w tym, że weto poparł również Marcin Józefaciuk, poseł niezrzeszony wybrany z list Koalicji Obywatelskiej i czynny nauczyciel, który sam deklarował, że zwracał się do prezydenta o zawetowanie ustawy. Jego zarzuty dotyczyły przede wszystkim niedokończonego systemu, tempa testów na danych prawdziwych uczniów i kosztów. Czy on także jest lobbystą?
Po wecie prezydent dopowiedział to, czego zabrakło w komunikacie: „Nie jestem przeciwko eDziennikowi”, „Cały ten system jest źle przygotowany”, „Poprawcie to prawo, przyślijcie i wówczas go podpiszę”. Sprzeciwił się przede wszystkim temu, żeby dzieci, rodzice i nauczyciele byli testerami niegotowego rozwiązania, i przypomniał ustawę o ochronie zwierząt, którą w 2025 roku najpierw zawetował, a po poprawkach podpisał.
Warunki, jakie postawił rządowi, są zresztą rozbrajająco skromne: „konsultacje z nauczycielami i ekspertami, realne zabezpieczenie danych dzieci oraz rozsądne i przejrzyste koszty”. Trudno o listę mniej rewolucyjną. Jeżeli spełnienie tych trzech warunków jest dla Ministerstwa Edukacji zbyt wysoką ceną, to problemem nie jest weto.
Zamiast domknąć sprawę sprzed dwóch tygodni, buduje się nam kolejny zbiór doskonały — tym razem z numerami PESEL i zdjęciami polskich dzieci. Ptolemeusze mieli przynajmniej cel jasny i nie ukrywali go: chcieli mieć u siebie wszystko, co ludzkość zdążyła zapisać. Nasz zbiór ma cel niejasny, koszt jasny i ryzyko jeszcze jaśniejsze. Różnica jest zresztą tylko jedna, za to zasadnicza. Kiedy w aleksandryjskim porcie płonęły zwoje, dym widzieli wszyscy. Dane wynosi się po cichu, a kopia nie zostawia popiołu — o stracie dowiadujemy się dopiero wtedy, gdy ktoś łaskawie nam o niej doniesie. Albo dwa tygodnie później, kiedy wciąż trwa „ustalanie zakresu incydentu”.
Miłosz Manasterski
Kim jest Miłosz Manasterski?
Miłosz Manasterski — dziennikarz i publicysta. Pisze o Europie Środkowej, demografii, polityce rodzinnej, religii, instytucjach publicznych i ekonomii politycznej społeczeństw europejskich. Prezes Agencją Informacyjną, niezależnej polskiej agencji prasowej, oraz stały komentator TelewizjiRepublika. W latach 2018–2023 komentator społeczno-polityczny Telewizji Polskiej i Polskiego Radia. W swojej pracy analizuje, jak przemiany demograficzne, rodzina, religia i instytucje przesądzają o długofalowej przyszłości Europy — ze szczególną uwagą dla doświadczenia Europy Środkowo-Wschodniej. Odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski za wybitne zasługi dla kultury i służby publicznej. Wyróżniony medalem przyznanym w ramach Rady Gospodarczej i Społecznej ONZ (ECOSOC) za pracę nad polityką społeczną.
Agencja Informacyjna – podstawowe informacje
Agencja Informacyjna to medium specjalizujące się w tematyce ❶ gospodarczej, ❷ społecznej i ❸ kulturalnej. Misją Agencji Informacyjnej jest dostarczanie ważnych, interesujących i ciekawych wiadomości. Redakcja przykłada szczególna dbałość o obiektywizm przygotowywanych depesz. Komentarze są w wyraźny sposób oddzielane od informacji. Spółka zajmuje się także ❶ dostarczaniem treści (kontentu) na zamówienie, ❷ realizuje materiały na zlecenie oraz ❸ rozpowszechnia wiadomości na życzenie. Od 2022 roku Agencja Informacyjna przyznaje Nagrody OBIEKTYW, w kategoriach: gospodarka, kultura i Warszawa.
Dziękujemy za przeczytanie tekstu do końca. Polecamy inne wiadomości zamieszczone na stronie internetowej www.agencja-informacyjna.com. Życzymy interesującej lektury. Agencja Informacyjna.