Ernest Wilimowski „Ezi” jeden z najwybitniejszych polskich piłkarzy
Agencja Informacyjna: Latem 1974 roku, podczas Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej trwających w Republice Federalnej Niemiec, doszło do zdarzenia wciąż okrytego nimbem enigmy. Selekcjoner Reprezentacji Polski, robiącej furorę w turnieju, spotkał się z Ernestem Wilimowskim, który występował w drużynach narodowych Polski i Trzeciej Rzeszy Niemieckiej. Do tego tematu odnosi się fabuła przedstawienia „Ezi”, według scenariusza Roberta Talarczyka, wyreżyserowanego przez Andrzeja Zaorskiego.
Spis treści
Spektakl „Ezi” jest inspirowana prawdziwymi wydarzeniami opowieść o spotkaniu dwóch legend polskiej piłki nożnej – Kazimierza Górskiego i Ernesta Wilimowskiego, które staje się punktem wyjścia do głębokiej refleksji nad historią, tożsamością i ceną życiowych wyborów. Akcja sztuki rozgrywa się w 1974 roku, podczas Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej w Republice Federalnej Niemiec. W hotelu zajmowanym przez reprezentację Polski niespodziewanie pojawia się Ernest Wilimowski – przedwojenny geniusz futbolu, który po wojnie został wymazany z polskiej pamięci sportowej za grę w reprezentacji III Rzeszy. Wilimowski zamienia kilka zdań z trenerem Kazimierzem Górskim – twórcą potęgi polskiej reprezentacji i legendą jeszcze za życia – po czym znika.
Premiera spektaklu „Ezi”
Premiera spektaklu „Ezi” w reżyserii Janusza Zaorskiego odbyła się w poniedziałek, 23 lutego o godz. 20:30 na antenie I programu Telewizji Polskiej. W głównych rolach: Zbigniew Zamachowski (Kazimierz Górski) i Andrzej Chyra (Ernest Wilimowski). Zdjęcia, Łukasz Gutt. Spektakl jest również dostępny na TVP VOD.
Piłka, orzeł i swastyka
„Najpiękniejsza była czwarta bramka. Ernest Wilimowski przejął piłkę na środku boiska i swych charakterystycznym, kaczym sprintem ruszył do przodu. Pierwszemu rywalowi założył siatkę. Drugiego obiegł z prawej strony, posyłając piłkę z lewej. Od trzeciego był wyraźnie szybszy. Kolejnego zwiódł nieoczekiwaną zmiana kierunku biegu i w ten sposób stanął oko w oko z bramkarzem. Balansując ciałem posadził go na trawie i leciutko kopnął futbolówkę do pustej bramki. Widziałem później tylko jednego gracza tej klasy. Nazywał się Maradona.” – Tak zapamiętał Ernesta Wilimowskiego – bohatera meczu Polska-Brazylia, rozegranego podczas finałów III Mistrzostw Świata we Francji. w 1938 roku, jago podwórkowy kumpel Joachim Hintz, jeden z niewielu Polaków, który oglądał to zapadające w pamięć widowisko z trybun stadionu de la Meinau w Strasburgu.
Ernest Wilimowski odszedł w ciszy
O śmierci Ernesta Wilimowskiego, we wrześniu 1997 roku, (po długiej i ciężkiej chorobie, jak w nekrologach określa się zgon z powodu nowotworu), polskie media poinformowały nader lapidarnie, bo i niewielu dzisiejszych kibiców kojarzy to nazwisko, choć przecież odszedł jeden z najwybitniejszych polskich piłkarzy w historii, a zarazem jeden z najskuteczniejszych napastników w dziejach futbolu. Dość powiedzieć, że w 22 spotkaniach reprezentacji Polski zdobył aż 21 goli, zaś w 13. meczach w barwach Niemiec trafił do braki przeciwników ośmiokrotnie.
Prezent od Pana Boga
Ernestowi Wilimowskiemu przyszło żyć w ciężkich czasach. Najlepsze piłkarskie lata przypadły na lata II wojny światowej. Nie obowiązywał jeszcze przepis Międzynarodowej Federacji Piłki Nożnej, wedle którego futbolista ma prawo w swoim życiu występować tylko w jednej drużynie narodowej. Gdyby było inaczej nazwisko Ernesta Wilimowskiego dawno trafiłoby do panteonu gwiazd futbolu.
Ernest Wilimowski – dzieciństwo
„Ernesta Wilimowskiego znałem prawie od kolebki. Chodziliśmy do jednaj klasy szkoły powszechnej. Tyle, że on był dwie klasy wyżej. Poznaliśmy się jednak na podwórku grając w piłkę, a właściwie w szmaciankę, gdyż na „futbolówkę” z prawdziwego zdarzenia mało kogo w latach 20. XX wieku, na Górnym Śląsku, było stać. Matka Ernesta Wilimowskiego, nazywanego przez nas Otkiem (zdrobnienie od drugiego imienia Otto) pochodziła w rodziny niemieckiej. Biologiczny ojciec też był Niemcem, ale Ernest Wilimowski nigdy go nie poznał. Syna wychowywała najpierw samotna matka, a potem wyszła ponownie za mąż za Polaka, który zaadoptował dziecko. To chyba właśnie za sprawą ojczyma, namiętnego kibica „kopanej”, Otek połknął bakcyla tej dyscypliny” – twierdzi Joachim Hintz.
Ernest Wilimowski – młodość
Oryginalną „futbolówkę” Ernest Wilimowski dostał dopiero w prezencie, będąc już gimnazjalistą. Godzinami odbijał ją od podwórkowego muru szczerbatego, toteż zmierzała w różne strony, ale z czasem stała się posłuszna chłopcu. Być może właśnie ta gra w „ściankę” wyrobiła w Erneście Wilimowskim fenomenalną technikę. Jako piętnastolatek trafił do najbogatszego klubu w regionie: 1 FC Katowic. Jego założycielami byli Niemcy, dlatego nie cieszył się specjalną sympatią. Popularnością znacznie ustępował lokalnym konkurentom: Śląskowi Świętochłowice,Dębowi Katowice, AKS Chorzów i Ruchowi Wielkie Hajduku (dziś Chorzów). Słynął za to z wzorcowej pracy z piłkarskim „narybkiem”. Tam Ernest Wilimowski stał się boiskowym „brylantem”. Perfekcyjny drybling, strzał i podanie otrzymał w podarunku od Pana Boga. W katowickim klubie nauczono go taktyki i gry zespołowej. Jako siedemnastolatek był już piłkarzem co się zowie i zadebiutował w pierwszej lidze. Tyle, że w Ruchu, do którego przeniósł się ponoć po interwencji Michała Grażyńskiego – miejscowego wojewody, wielkiego miłośnika piłki nożnej.
Enfant terrible
Ezi – jak rychło ochrzcili Ernesta Wilimowskiego kibice – miał na koncie zaledwie 5 (pięć) spotkań, kiedy po raz pierwszy powołano go do reprezentacji. Momentalnie stał się jej filarem, chociaż miał zadziorny charakter. Dwukrotnie karano go dyskwalifikacją. Raz za rzekome pijaństwo, drugi za uderzenie w twarz rywala. Na dodatek po okolicy krążyły opowieści miłosnych podbojach gracza. W rezultacie niesubordynacji został pozbawiony szansy występu w turnieju piłkarskim na igrzyskach olimpijskich w Berlinie w 1936 roku. „Wilimowski – enfant terrible polskiego futbolu” – pisał Jan Erdmann, czołowy dziennikarz sportowy międzywojnia, a potem emigrant i zięć Melchiora Wańkowicza. Wprawdzie niebawem piłkarza zrehabilitowano, jednak – zdaniem jego bliskich – te doświadczenia z polskimi działaczami miały istotny wpływ na jego dalsze wybory życiowe.
Ernest Wilimowski – lata 30.
„W połowie lat 30. XX wieku wyjechałem z Polski za chlebem do Francji i straciłem kontakt z Ernestem Wilimowskim.” – Wyjaśnia Joachim Hintz. – „Okazja do ponownej konfrontacji nadarzyła się dopiero latem 1938 roku. „Biało-czerwoni” po raz pierwszy w historii zakwalifikowali się do finałów piłkarskich mistrzostw świata. Pierwszym przeciwnikiem była Brazylia. Ten mecz przeszedł do legendy. Ernest Wilimowski, jako pierwszy piłkarz w historii, strzelił podczas imprezy tej rangi 4 gole w jednym spotkaniu. 5. bramka dla Polaków padła z rzutu karnego, podyktowanego po faulu na Ezim. Cóż z tego skoro, po dogrywce, Polacy przegrali 5:6. Zdaniem obserwatorów potyczki canarinhos byli absolutnie w naszym zasięgu. Polakom zabrakło determinacji i wiary w zwycięstwo. Jedynie Ernest Wilimowski od pierwszego gwiazdka walczył z przeciwnikami bez respektu.” – Wspomina Joachim Hintz.
Kilka dni przed wybuchem II wojny światowej po raz ostatni Ernest Wilimowski wystąpił w trykocie z białym orłem w koronie. W pojedynku z Węgrami – ówczesnym wicemistrzem świata – popisał się hat-trickiem. Redaktor Bohdan Tomaszewski nazwał tę potyczkę ostatnią radością przedwojennej Warszawy.
Wyklęty
Dzień wcześniej Ernest Wilimowski wziął ślub w katowickim ratuszu. Wkrótce jego rodzina podpisała volkslistę. On sam również zdecydował się na ten krok. Usprawiedliwiał się, że postąpił tak, by móc grać w piłkę. Niczego innego przecież w życiu nie robił. Błyskawicznie znalazł się w kadrze niemieckiej, prowadzonej przez słynnego trenera Seppa Herbergera, ( w 1954 roku doprowadził on Niemiecką Republikę Federalną do mundialowego triumfu). Trenował tam razem z Helmutem Schoenem, (selekcjoner mistrzowskiego manszaftu RFN z pierwszej połowy lat 70. XX wieku).
Ernest Wilimowski niechętnie wspominał czasy wojenne. Zatem odnotujmy tylko, że w 1942 roku występując w TSV Monachium wywalczył Puchar Niemiec. Po 1945 roku piłkarz znalazł się w angielskiej strefie okupacyjnej. Ernest Wilimowski, w piłkę, grał jeszcze ponad dekadę. Często zmieniał kluby. Podobno z uwagi na konfliktowe usposobienie. Często zmieniał adresy. W końcu Ernest Wilimowski zaczął szkolić futbolową młodzież. Regularnie oglądać transmisje telewizyjne z meczów, bywał na spotkaniach Bundesligi. Tęsknił za śląską macierzą.
Mecz „w wodzie” i historyczne spotkanie
W 1974 roku Ernest Wilimowski obserwował z trybun pamiętny mecz „w wodzie” – na Stadionie Leśnym we Frankfurcie nad Menem. Był sercem za Polską. Tak przynajmniej zapamiętał ten epizod Joachim Hintz. Ubolewał nad Andrzejem Szarmachem, nieobecnym na boisku z powodu kontuzji. Udzielił wówczas wypowiedzi dwóm polskim dziennikarzom. Wojciech Trojanowski przeprowadził z nim wywiad wyemitowany na antenie rozgłośni polskiej Radio Wolna Europa (amerykańska stacja radiowa, informująca Polaków, co naprawdę dzieje się w komunistycznej Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej), zaś Karol Zbyszewski opublikował rozmowę na łamach polskiego dziennika „Wiadomości”, ukazującego się w Londynie. Z dziennikarzy przybyłych na turniej z Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej z Ernestem Wilimowskim skontaktował się jedynie Andrzej Roman: „Rozmawialiśmy towarzysko. Jego nazwisko było na indeksie. Zdawałem sobie sprawę, że cenzura nie zezwoli na druk opowieści o tym fenomenalnym zawodniku, którego nadzwyczajny talent zapamiętałam z dzieciństwa” – Wspominał Andrzej Roman wieloletnie szef redakcji sportowej „Kuriera Polskiego” i „Tygodnika Solidarność”.
Ernest Wilimowski po upadku PRL-u
Do 1989 roku o przyjeździe Ernesta Wilimowskiego do Polski nie mogło być mowy. Według rządzących komunistów nikt taki istniał. W latach 50. i 60. XX wieku jego personalia objęto cenzorskim debitem. Potem można było go wspominać, wszelako eksponując piętno renegata. Był wyklęty. Podobnie oceniano innych Ślązaków, Pomorzan czy Wielkopolan, którzy w okresie II wojny światowej kopali piłkę w niemieckich klubach. Nie zważano, że częstokroć stawali przed dylematem sport albo „front wschodni” (pobór do armii III Rzeszy Niemieckiej i wysłanie do walki). Podkreślano ich kolaborację. Jakże inaczej traktowano polskich futbolistów z Kresów Wschodnich (choćby śp. Kazimierza Górskiego), występujących od jesieni 1939 roku do wiosny 1941 w klubach sowieckiego okupanta.
Gdy zmieniła się sytuacja polityczna w Polsce na sentymentalną wizytę było już za późno. Poniewczasie przyszło zaproszenie z Ruchu Chorzów na uroczyste obchody 75-lecia klubu. Nie miał złudzeń, że zdrowie nie pozwoli mu w nich uczestniczyć. Kilka lat później tylko najbliźsi żegnali Eziego. Pogrzeb był cichy niczym druga połowa jego życia. Czy pamiętano, aby do trumny włożyć mu – zgodnie z ostatnią wolą – piłkę? Nie wiadomo. Wieko było zatrzaśnięte.
Tomasz Zapert
Dziękujemy za przeczytanie tekstu do końca. Polecamy inne wiadomości zamieszczone na stronie internetowej www.agencja-informacyjna.com. Życzymy ciekawej lektury. Agencja Informacyjna
AI kultura /DEC/ 22 marca 2026 zrzut ekranu „Ezi” vod.tvp.pl