Jan Lechoń – talent, obłęd i brak samoakceptacji.

 

Pisarz Jarosław Iwaszkiewicz, mimo wielkiej sympatii do poety Jana Lechonia, wielokrotnie i to nawet w obecności zupełnie obcych osób, nazywał go idiotą, snobem, a czasami niezrównoważonym dupkiem.

Podobno tylko w duecie przyjaźń ma szansę na przetrwanie. Przy trzech osobach zawsze dwóch jest bliżej ze sobą niż ten trzeci. A przy pięciu (mowa bowiem o tzw. „wielkiej piątce skamandrytów)? Jan Lechoń był najbliżej ze Antonim Słonimskim, Julian Tuwim z Kazimierzem Wierzyńskim, Jarosława Iwaszkiewicza drażniło u Jana Lechonia prawie wszystko, a Kazimierza Wierzyńskiego chyba nikt naprawdę nie rozumiał.

To on był pierwszy

Tak właśnie było. To Jan Lechoń zadebiutował jako pierwszy ze skamandrytów, bowiem swoje wiersze drukował już jako uczeń. Był nie tylko lubiany w swoim środowisku, uważano go nawet za niezwykle dowcipnego i nieco szalonego chłopaka o żydowskich korzeniach. Mawiano nawet, że w tym zakresie zdecydowanie przewyższa samego Juliana Tuwima. Jarosław Iwaszkiewicz, który – jak przypomnę – nie lubił Jana Lechonia napisał o nim: „Rola Lechonia w słynnych pikadorskich szopkach polegała na podnoszeniu dowcipu do najwyższych poetyckich godności (…)”. Wydaje się jednak, że wówczas naprawdę dobrze się bawił. Wkrótce jednak okazało się, że życie poety samo dla niego stało się ciężarem, który z wielkim trudem niósł.

 

Snob w czarnej jaskółce

Jan Lechoń uchodził za snoba i w ogóle się tego nie wstydził. Zadawał się tylko z tymi, których uważał „za wartościowych” i dobrze urodzonych. Bardzo dbał o swój wygląd, mimo że w okresie początkowej działalności „Pikadora” mogło odnieść się odwrotne wrażenie. Nosił w kółko tylko czarną jaskółkę (żakiet) oraz szare spodnie z wypchanymi kolanami do granic wszelakich możliwości. Dziś zapewne powiedzielibyśmy, że szukał własnego stylu, chciał być charakterystyczny i od razu rozpoznawalny. Jarosław Iwaszkiewicz, i to wcale nie z mściwości do Jana Lechonia, powiedział kiedyś, że „po co mu ta jaskółka, skoro i tak jest i bez niej charakterystyczny”. Trudno nie zgodzić się tu z Jarosławem Iwaszkiewiczem, bowiem Jan Lechoń urodą i wzrostem nie grzeszył. Jak opisał go w swojej książce Sławomir Koper: „Twarz Jana Lechonia, niezmiernie charakterystyczna, o dużym, nieco skrzywionym nosie, zapadniętych ustach i zaniedbanych zębach była daleka od klasycznej urody. Głos miał głęboki, nieco jednak seplenił. W zimie stroju dopełniał czarny płaszcz i sztywny melonik lub – wynalazek Mieczysława Grydzewskiego – płaska czapka studencka, biała z malinową obwódką”.

Homoseksualizm i próba samobójcza

Niewiele osób wie, że Jan Lechoń był homoseksualistą. W wielu bowiem biografiach możemy znaleźć, że zakochany był (niemal bez pamięci) w Wandzie Sierkowskiej. Wszyscy jednak przyjaciele i znajomi dobrze wiedzieli, że poeta próbuje stłamsić to, co w nim rzeczywiście siedziało. Cierpiał nie tylko na nerwicę, ale przede wszystkim – co odbiło się na jego twórczości i życiu osobistym – na niemożności pogodzenia się z własnym sobą. Pewnego dnia zdecydował się zażyć dużą dawkę weronalu (znanego także pod nazwą „barbitalu”) – środka nasennego, który miał go zabić. Ale Jana Lechonia odratowano. Po płukaniu żołądka odzyskał świadomość.

„Byłem przy nim – opisywał Antoni Słonimski – gdy po ogromnej dawce weronalu obudził się w szpitalnym łóżku.

„Gdzie jestem? – spytał.

„W klinice – odpowiedziałem. Otworzył szeroko oczy, popatrzył na salę szpitalną i mruknął: „Ładna klinika. Roch”. Jednak, jak zauważył Antoni Słomiński – szpital św. Rocha nie wydawał się Lechoniowi jako miejsce godne jego samego. Bo w końcu, kto jak kto, ale był Janem Lechoniem, który powrócił na ziemski padół wbrew swojej woli.

Kiedy Jan Lechoń doszedł nieco do siebie Kazimierz Wierzyński odwiózł go do szpitala psychiatrycznego w Krakowie. Sam tak pisał o swoim pobycie w „klinice doktora Piltza”: „Zamek, w którym teraz mieszkam, posiada całą hierarchię mieszkańców, od rekonwalescentów i leniuchów począwszy, skończywszy na rasowych wariatach – ja należę do chwilowo do grupy pośredniej kategorii – alkoholików, morfinistów i w ogóle ludzi niepewnych – zagadka mej przyszłości streszcza się w pytaniu, czy będę awansował, czy też mnie zdegradują?”.

Akceptacja własnego ja i prawdziwa miłość

Nie wiadomo tak naprawdę, jak długo zajęło Janowi Lechoniowi uporanie się czy też zaakceptowanie własnej odmiennej orientacji seksualnej, ale w końcu mu się to udało. I od razu zaczął odnosić sukcesy zawodowe. Został najpierw redaktorem „Cyrulika Warszawskiego”, a w 1930 roku wyjechał nawet do Paryża pracować w polskiej ambasadzie. No i nawet się zakochał…

Jego prawdziwą miłością był Józef Reinfeld. Początkowo wszystko układało się między panami wzorowo. Jednak miłość nie przetrwała czasów II wojny światowej. W 1940 roku Józef Reinfeld chciał opuścić Francję, ponieważ był Żydem i dobrze wiedział, że jeżeli nie wyjedzie, to Niemcy wywiozą go do komory gazowej. Jan Lechoń jednak nie zgodził się, aby ukochany go opuścił tak, jakby nie zdawał sobie do końca sprawy z zagrożenia. Józef Reinfeld nie czekał na aresztowanie przez Niemców. Popełnił przed ich wejściem samobójstwo… To był cios dla Jana Lechonia, któremu w końcu zaczęło się wieść. Po porażce Francji z III Rzeszą uciekł do Brazylii, a stamtąd udał się do Nowego Jorku w Stanach Zjednoczonych, w którym zamieszkał.

Ameryka pozwoliła Janowi Lechoniowi nieco odetchnąć od wojennej szarówki, która przetaczała się przez Europę i zabiła wszystkich, kto nie pasował do wyimaginowanego świata Adolfa Hitlera. Nawiązał współpracę z Wolną Europą, zaczął chadzać na spektakle, spacery i do restauracji. Twierdził, że kocha Stany Zjednoczone, bo dały mu drugą szansę. I się nie mylił. Ponownie się zakochał. Tym razem w oko wpadł mu niejaki Aubrey Johnson. Nie wiadomo do końca, jak wielka zażyłość łączyła mężczyzn, ale spekulowano także, że Jan Lechoń lubił miewać „innych kochanków”. Świat wówczas nie był przyjazny dla homoseksualistów i nawet Ameryka (która dziś pierwsza broni LGBT) ich u siebie nie chciała. Jan Lechoń nie otrzymał obywatelstwa Stanów Zjednoczonych, a kiedy Johnson go opuścił, poeta stracił wszelką nadzieję…

Ostatni skok

8 czerwca 1956 roku miał ważne spotkanie w jednej z nowojorskich restauracji, która znajdowała się w hotelu „Henry Hudson”. W pewnej chwili jednak przeprosił gościa, wyszedł z lokalu i wsiadł do windy. Wjechał na dwunaste piętro, wszedł do pokoju i bez namysłu otworzył okno. Skoczył.

Pochowano go w Nowym Jorku, a na początku lat dziewięćdziesiątych XX wieku jego prochy przeniesiono do Polski. Spoczywa na niewielkim cmentarzu w Laskach niedaleko Warszawy obok swoich rodziców oraz brata…

Agencja Informacyjna

Ewelina Rubinstein, Agencja Informacyjna, 30.09.2020

 

Bibliografia:

  1. A. Słomiński, „Alfabet wspomnień”, Warszawa 1992
  2. J. Iwaszkiewicz, „Książka moich wspomnień”, Warszawa 1994
  3. S. Koper, „Życie prywatne elit artystycznych II Rzeczpospolitej”, Warszawa 2010- 2014
  4. W. Kossak, „Wspomnienia, Warszawa 1973

 

 

Related Post