Zamiast ludobójstwa, zwykła wojna? Wołyń wciąż dzieli Polaków i Ukraińców

 

Stepan Andrijowycz Bandera dla większości Ukraińców uchodzi za narodowego bohatera, a zawołanie organizacyjne UPA Sława Ukrainie używane jest podobnie jak francuskie Vive la France – pisze Ewelina Rubinstain.

22 lipca 2016 roku polski Sejm ustanowił 11 lipca Narodowym Dniem Pamięci Ofiar Ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów na obywatelach II RP. Sejm – jak głosi uchwała – oddaje hołd „wszystkim obywatelom II Rzeczypospolitej bestialsko pomordowanym przez ukraińskich nacjonalistów”. Natychmiast po decyzji polskiego parlamentu w ukraińskim Sejmie zarejestrowano projekt uchwały upamiętniający „ofiary ludobójstwa dokonanego przez państwo polskie na Ukraińcach w latach 1919-1951”, co przez wielu naszych polityków zostało odebrane „jako odwet za uchwałę Sejmu RP o rzezi wołyńskiej”.

„Bandera robił to samo, co Piłsudski”

Spór o prawdę historyczną nasilił się również po mocnych słowach byłego prezydenta Ukraina Wiktora Juszczenki, który publicznie powiedział, że „działania Stepana Bandery (od red. jeden z najważniejszych przywódców ukraińskich, więzień polityczny II Rzeczpospolitej i III Rzeszy, zamordowany przez KGB w 1959 r. w Monachium, gdzie ukrywał się po wojnie i skąd nadal działał na rzecz ukraińskiego ruchu narodowego) były podobne do tych, jakie prezentował Józef Piłsudski”. Dodał także, że żadna ze stron konfliktu nie była lepsza lub gorsza.

– Dobrze znam historię Piłsudskiego, dlatego pytam: co robił Bandera złego, czego nie robił Piłsudski? Wydaje mi się, że najlepszym wykładowcą dla Bandery był właśnie Piłsudski. Bandera robił to samo, co on. Używał tych samych narzędzi politycznych –oświadczył były ukraiński prezydent. Jego zdaniem ci, którzy stoją za polską ideą narodową, „nie są aniołami, tak samo w przypadku Ukrainy”. – Po obu stronach bohaterowie narodowi postawili sobie za cel jedną ideę: chcieli widzieć Polskę jako niepodległe państwo i Ukraińcy robili to samo –uważa Wiktor Juszczenko.

I to właśnie on 22 stycznia 2010 roku uczynił z Bandery narodowego bohatera Ukrainy. Nadanie tej godności Banderze uchylił sąd w Doniecku, rodzinnym mieście Wiktora Janukowycza, następnego prezydenta, który po wydarzeniach na Majdanie zbiegł do Rosji.

Nadając najwyższy państwowy tytuł Bohatera Ukrainy Stepanowi Banderze, Juszczenko wywołał protesty naczelnego rabina Ukrainy, ówczesnego prezydenta Polski Lecha Kaczyńskiego i wielu obywateli własnego kraju.

I nic w tym dziwnego: Bandera zamierzał przecież ustanowić w Ukrainie jednopartyjną faszystowską dyktaturę – bez mniejszości etnicznych.Podczas II wojny światowej jego zwolennicy wymordowali tysiące Polaków i Żydów. Parlament Europejski apelował o zmianę tej decyzji, ale gazeta Kyiv Post miała inne zdanie w tej kwestii. Napisano, że „Ukraina ma prawo czcić swoich bohaterów. Kontynent, który wydał Hitlera, nie będzie dyktował Ukrainie, kto powinien, a kto nie powinien być jej bohaterem”.

„Wołyń” według Smarzowskiego

I kiedy wydawało się, że porozumienie w sprawie trudnej historii polsko-ukraińskiej jest jednak możliwe, to emocje rozgorzały na nowo zaraz po tym, jak do kin trafił film w reżyserii Wojciecha Smarzowskiego. „Wołyń” (który wyświetlono po raz pierwszy podczas festiwalu filmowego w Gdyni w 2016 roku) u wielu wzbudził skrajne emocje. Podobnie jak komentarze docierające do nas zza wschodniej granicy, zapowiadające początek pogorszenia relacji pomiędzy Polakami a Ukraińcami. I wcale nie chodzi o wartość artystyczną „Wołynia”, lecz o prawdę historyczną, która nie wszystkim się podoba… Smarzowskiego, już kilka godzin po premierze filmu, ukraińscy dziennikarze nazwali „polskim Tarantino”. Mimo że wschodni znawcy kina cenią pracę oraz talent polskiego reżysera, to sam „Wołyń” spostrzegany jest jako „bomba z opóźnionym zapłonem”. A w tym wszystkim najgorsze jest także to, że spora część Ukraińców uważa, że „ten film, to błąd”. Ukraińskie media zarzucają polskiemu reżyserowi to, iż „nakręcił film w oparciu tylko o polskie źródła historyczne”.

Ukrinform, ukraińska agencja prasowa wielokrotnie wytykała Polsce oraz samemu Smarzowskiemu nierzetelność i mówienie nieprawdy o „rzezi wołyńskiej”.

„Przed przystąpieniem do prac nad filmem Wojciech Smarzowski powinien sięgnąć zarówno do polskich materiałów historycznych jak i ukraińskich. Ignorowanie argumentów strony ukraińskiej przy tworzeniu „Wołynia” jest poważnym błędem”- stwierdzono. Ukrinform pisał także o tym, że „reżyser miał ogromne trudności w znalezieniu sponsorów, co tłumaczyłoby, że wydarzenia wołyńskie z okresu II wojny światowej wciąż bardziej dzielą niż łączą”.

Mimo początkowych problemów finansowych film jednak powstał i okazał się ogromnym sukcesem. Stowarzyszenie Filmowców Polskich opublikowało dane dotyczące 2016 roku. Okazał się on być kolejnym rekordowym dla polskiego kina. Łączna liczba widzów wyniosła aż 51 583 568. Na uwagę zasługuje to, że w pierwszej dziesiątce zestawienia było pięć polskich produkcji. A wśród nich właśnie „Wołyń” Wojciecha Smarzowskiego. W minioną niedzielę (8 lipca) „Wołyń” można było zobaczyć na antenie telewizyjnej Jedynki. Według statystyk film obejrzało ponad 3 miliony widzów.

– „Wołyń” pokazaliśmy z okazji 75. rocznicy krwawej niedzieli 11 lipca 1943 roku, kiedy zbrodniarze UPA zaatakowali i wymordowali 99 polskich miejscowości na Wołyniu – mówi Jacek Kurski, prezes Telewizji Polskiej.- Tego wieczoru jednak był rozgrywany półfinałowy mecz mundialu, dlatego zdecydowaliśmy, aby filmowa produkcja została nadana w najbliższym i najbardziej odpowiednim terminie. Stąd decyzja o emisji filmu właśnie 8 lipca- dodaje prezes TVP.

Film Wojciecha Smarzowskiego obejrzała także Oksana Zabużko, ukraińska pisarka, laureatka m.in. Nagrody Angelusa za powieść „Muzeum porzuconych sekretów”.

– Zaskakuje mnie, że aspiracje do wyjaśnienia prawdy wygłasza nie historyk, lecz reżyser – mówi. – Nie wierzę w film fabularny mający ambicję wypowiedzenia prawdy na poziomie narodowym.

Z pisarką nie zgadza się jednak Leonid Sigan ze Sputnik News i przyznaje, że „do tej pory probanderowskie nastroje były afirmowane przez władze ukraińskie (…)”.

– Gdyby wcześniej zareagowano na renesans banderyzmu na Ukrainie, wówczas być może Kijów przeżyłby mniejszy szok w związku z ustawą polskiego Sejmu o „rzezi wołyńskiej”, a co za tym idzie samego filmu w reżyserii Smarzowskiego- mówi L. Sigan.

Zamiast ludobójstwa, zwykła wojna?

– W ukraińskich szkołach nie uczy się o „zbrodni wołyńskiej”, lecz o zwykłej wojnie polsko- ukraińskiej- mówi Andrzej Wojnowicz, nauczyciel języka polskiego, który przez kilka lat pracował w jednej z kijowskich szkół podstawowych. – To smutne, ale wielu Ukraińców gloryfikuje rzeź z 1943 roku…A przecież zabijano dzieci, starców, kobiety. Znęcano się w sposób, jaki trudno sobie wyobrazić. To była rzeź.

Adam Eberhardt, dyrektor Ośrodka Studiów Wschodnich w Warszawie wielokrotnie mówił o narastającym, świadomym tworzeniu kultu i wybielaniu UPA przez ukraińskie elity polityczne.

– Przeciętny Ukrainiec niewiele o Wołyniu wie (…). Dzisiejszy polityczny spór polsko-ukraiński między innymi jest tak gorący, bo po stronie ukraińskiej istnieje fałszywy obraz wydarzeń (…) – podkreśla. Eberhardt stwierdził również, że Bandera przeszedł na Ukrainie do kultury masowej, a zawołanie organizacyjne UPA Sława Ukrainie używane jest podobnie jak francuskie Vive la France. Jego zdaniem „nie da się na tym etapie wykorzenić z ukraińskiej świadomości pamięci o Banderze”.

Wśród ukraińskich historyków zdania na temat działalności UPA są podzielone. Ihor Iljuszyn, ukraiński historyk, doktor habilitowany nauk historycznych, profesor Kijowskiego Uniwersytetu Slawistycznego uważa, że we współczesnej historiografii ukraińskiej nadal spotyka się autorów, którzy – opisując stosunki polsko-ukraińskie w czasie II wojny światowej- ujmują zagadnienie jednostronnie antypolsko. Iljuszyn wymienia wśród nich Wołodymyra Serhijczuka oraz Andrija Bolanowskiego. Podkreśla również, iż w historiografii ukraińskiej zauważalne są także prace wartościowe, cechujące się bardziej wyważoną i głębszą interpretacją, chociaż nadal nacechowaną patriotycznie, jak chociażby publikacje Jarosława Isajewycza, Jarosława Hrycaka czy Bohdana Hudia. Profesor zaznacza także, „że jeżeli ktoś twierdzi, że rzeź wołyńska była elementem wojny między Polakami a Ukraińcami, to albo nie zna historii albo sobie drwi”.

– Nie ma wątpliwości – mówi- że to, co wydarzyło się zwłaszcza w nocy z 11 na 12 lipca 1943 roku na Wołyniu było czymś makabrycznym. To było prawdziwe okrucieństwo. Opisy bestialstwa i wymyślnych męczarni zadawanych ofiarom stanowią nieodłączną część opowieści o antypolskich czystkach prowadzonych przez członków UPA. Poruszają one do głębi, nie pozwalają o sobie zapomnieć, ale też przytłaczają, co sprawia, że wszelkie próby wyjaśnienia tego, co się wtedy stało, wydają się zbyt błahe i banalne, a nawet obojętne wobec wyrządzonego zła.

Polscy historycy nie mają wątpliwości, że „rzeź wołyńska” nie była – jak twierdzą niektóre ukraińskie media – wojną, lecz brutalnym i przede wszystkim zaplanowanym ludobójstwem.

Władysław Filar, pułkownik Wojska Polskiego w stanie spoczynku, profesor zwyczajny nauk wojskowych, żołnierz 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty Armii Krajowej przypomina o tym, czego sam był świadkiem. W swojej książce zatytułowanej „Wołyń 1939-1944. Eksterminacja, czy walki polsko-ukraińskie” pisał:

„Nie oszczędzano nikogo (…). Wiek, płeć nie miały żadnego znaczenia. Palono wsie, obcinano głowy, ręce, nogi i rościnano brzuchy kobietom w ciąży. Nie znano litości (…). Ludność polska ginęła od kul, siekier, wideł, kos, pił, noży, młotków i innych narzędzi zbrodni. Nierzadko zbrodnie były dokonywane ze szczególnym okrucieństwem, ofiary były torturowane, gwałcone, okaleczane. Często polskich zabudowań nie palono od razu, lecz dopiero po kilku dniach, by w tym czasie schwytać i zabić ewentualnych niedobitków, którzy powróciliby do swoich domów”.

Według szacunków polskich historyków ukraińscy nacjonaliści zamordowali około 100 tysięcy Polaków.

40-60 tysięcy zginęło na Wołyniu, 20-40 tys. w Galicji Wschodniej, co najmniej 4 tysiące na terenie dzisiejszej Polski. Terror UPA spowodował, że setki tysięcy Polaków opuściły swoje domy, uciekając do centralnej Polski. Zbrodnia wołyńska spowodowała polski odwet, w wyniku którego zginęło ok. 10-12 tys. Ukraińców, w tym 3-5 tys. na Wołyniu i w Galicji Wschodniej. W opinii znawcy problematyki polsko-ukraińskiej, historyka prof. Grzegorza Motyki „choć akcja antypolska była czystką etniczną, to jednocześnie spełnia ona definicję ludobójstwa”. Celem było bowiem zniszczenie na Wołyniu w całości, a na innych terenach w części, polskiej grupy etnicznej.

„Nie wszyscy byli źli”

Nie można jednak zapominać o tych Ukraińcach, którzy nie popierali banderyzmu i którzy nie godzili się na zabijanie polskich sąsiadów. Często, z narażeniem własnego życia, ratowali ich przed okrutną śmiercią.

„Ich heroizm często był anonimowy. Płacili za niego własnym życiem i nie ma dla nich miejsca w niczyjej pamięci. Ówcześni Ukraińcy uważali ich za zdrajców. Polacy ocaleni z rzezi pamiętali głównie śmierć i niewyobrażalne okrucieństwo… Zginęło około 100 tysięcy Polaków. W polskich akcjach odwetowych śmierć poniosło kilkanaście tysięcy Ukraińców. Nie wiadomo, ilu Polaków uratowali ich ukraińscy sąsiedzi. Na pewno chodzi o tysiące ludzi”– pisze Witold Szabłowski w książce „Sprawiedliwi zdrajcy. Sąsiedzi z Wołynia”.

Bardzo trudno będzie doprecyzować tę liczbę. Ukraińcy często spełniali swoje heroiczne uczynki w całkowitej tajemnicy przed sąsiadami, a nawet najbliższą rodziną. Wiele relacji zostało przez to na zawsze straconych – bohaterowie zabrali je ze sobą do grobu. Utrzymywanie sekretu było konieczne. Pomaganie Lachom nie było odruchem masowym. Liczne polskie świadectwa podkreślają raczej bierność ukraińskich sąsiadów, jeśli nie otwartą wrogość i udział w mordach. Na tych, którzy chcieli zachować choćby neutralność, wywierana była wielka presja.

Ewa Siemaszko, badaczka ludobójstwa dokonanego na wołyńskich Polakach podczas II wojny światowej przekonuje, że nie można zapominać o tej części ukraińskiego społeczeństwa, która pomagała naszym rodakom. – Nie wszyscy byli źli- mówi i dodaje, że- to właśnie my, Polacy, nie tylko rodziny czy pojedyncze osoby, które zostały uratowane przez „Sprawiedliwych” Ukraińców, ale wszyscy jako wspólnota narodowa jesteśmy zobowiązani do pamięci, okazywania wdzięczności i do wydobycia tych ludzi na światło dzienne. W wywiadzie opublikowanym na portalu wpolityce.pl zwraca uwagę na to, że „niektórzy Ukraińcy mówili wprost: Owszem, my chcemy wolnej Ukrainy, ale nie tą drogą. Zginęli dlatego, że uważali, że nie powinno się mordować Polaków”. Ewa Siemaszko mówi też, że termin „Sprawiedliwi” choć jest zaczerpnięty z Holokaustu, to jest adekwatny w stosunku do opisu pomocy ze strony Ukraińców. Tym bardziej, że pomagając Polakom byli traktowani jako zdrajcy. Siemaszko trzeźwo ocenia rzeczywistość i mówi, że upamiętnienie bohaterskich Ukraińców najprawdopodobniej nie pomoże w normalizacji stosunków między naszymi narodami:

„Upamiętnienie Ukraińców ratujących Polaków nie spowoduje refleksji na Ukrainie, może się tam nie podobać, ale na to nie możemy się oglądać. Musimy dbać o wiedzę o ludobójstwie Polaków u siebie i oddać cześć Ukraińcom, którzy narażali swoje życie i je stracili w imię najwyższych wartości ludzkich”.

Agencja Informacyjna

Ewelina Rubinstein

Agencja Informacyjna, Opinie, 9.07.2018.  Fot. Zbrodnia UPA w Lipnikach

Related Post