Efektowny teatralny teledysk (recenzja)

“Sprawa Rity G.” nagrodzona Grand Prix Teatroteka FEST 2018 z Moniką Buchowiec i Martyną Byczkowską, to sztuka niezwykle efektowna i porywająca swoim sposobem realizacji. Czy jednak spektakl Darii Kopiec jest w stanie spełnić oczekiwania miłośników teatru telewizji?

Spektakl w reżyserii Darii Kopiec powstał na podstawie dramatu Jolanty Janiczak, tekstu bardzo poetyckiego i narzucającego odejście od tradycyjnej narracji teatralnej. Dlatego “Sprawa Rity G.” nie jest ani kryminałem, ani dramatem psychologicznym, tym bardziej horrorem, choć ofiara zbrodni pojawia się co chwila na ekranie jak żywa.

Obsadzona w roli martwej (od pierwszej sceny) Lusi Zarębianki Martyna Byczkowska zapewne nie powinna sobie wiele obiecywać po odegraniu roli ładnego, młodego trupa. Tymczasem ofiara zbrodni objawia się w spektaklu jako wyjątkowo żywotna – komentuje, rozmawia, tańczy a nawet flirtuje. I wcale nie ułatwia śledztwa policji i prokuraturze.

Byczkowska robi to wszystko z ogromną zręcznością i bezpretensjonalnością, które sprawiają, że przyznana jej za tę rolę Nagroda Rektora Akademii Teatralnej festiwalu Teatroteka 2018, jest czymś, czemu możemy tylko przyklasnąć. A młodej aktorce życzyć równie skutecznego ożywienia wielu innych – czesto wciąż żywych,  ale za to papierowych postaci w innych teatralnych spektaklach.

Niewątpliwie jest to spektakl dwóch aktorek – odtwórczyń roli ofiary (Martyna Byczkowska) i kata (Monika Buchowiec w roli Rity G.). Rita Gonczarowa to złożona postać o której po zakończeniu spektaklu niewiele będziemy potrafili powiedzieć na pewno. Monika Buchowiec ze swojej Rity czyni kobietę zagadkę. Nie poznamy jej motywów, nie dowiemy się nawet, czy rzeczywiście jest ona odpowiedzialna za śmierć Lusi (a błąkająca się po domu ofiara zbrodni, jak sama mówi, chce, żeby sprawca nie został zidentyfikowany). Wiemy tylko tyle, że proces będący specyficzną okazją do zaistnienia Rity w masowej wyobraźni, jest przez bohaterkę przyjmowany jako możliwość zdobycia popularności. Cóż, że byciem celebrytką przyjdzie się cieszyć krótko…

Rita grana przez Monikę Buchowiec czaruje widza niczym przedwojenna gwiazda Hollywood wysyłając w stronę kamery ogromną dawkę pięknie stylizowanego sex appealu. Niejednoznaczna i uwodzicielska, błyskawicznie przechodzi od odgrywania niewinnej ofiary do przerysowanego wampa i z ogromnym wdziękiem kłamie, manipulując zarówno pozostałymi uczestnikami dramatu, jak i oglądającą ją widownią.

W spektaklu – na drugim planie – błyszczy także Izabela Dąbrowska – jako chora psychicznie Elżbieta, pani domu. Intrygująca, trudna do intepretacji postać Stanisławy Temidy – adwokata Rity G. stylizowana na półniewidomą Marlenę Dietrich została ciekawie zagrana przez Aleksandrę Bożek.

Wobec kobiecych postaci świetnie zagrane role męskie (Michał Bieliński, Andrzej Blumenfeld, Marcin Czarnik, Mirosław Zbrojewicz i Kacper Olszewski)  stanowią tylko niezbędne, choć bardzo atrakcyjne tło dla aktorskich popisów pań. Choć mimo wszystko warto skierować kilka ciepłych słów do najmłodszego Kacpra Olszewskiego – który włożył wiele chłopięcego uroku w rolę brata ofiary.

Spektakl świetnie się ogląda i słucha – choć ścieżka dźwiękowa mocno kontrastuje z epoką sięgając po zupełnie współczesne bity. Świetna scenografia Anny Wunderlich, czerpiąca z gustu i smaku epoki międzywojnia wydaje się sięgać również estetyki filmów Davida Luncha. Eleganckie wnętrza spokojnej willi zaskakująco łatwo przechodzą w ciemne sale nocnego klubu. Sztuka nakręcona bez plenerów wywołuje w widzach wrażenie klaustrofobii (wszak z domu lwowskiego architekta nie może się wydostać nawet zmarła Lusia)…. Jednak mrok i opresja są regularnie przełamywane przez nawiązanie do formy teledysku. To nie tylko kwestia szybkiego montażu, licznych powtórzeń i dynamicznej muzyki. To także sprawa światła, tańca i nawet pojawienia się nawet sceny na której występuje Rita ze swoją obrończynią. Wszystko to  efektownie sfilmowane przez autora zdjęć Piotra Chodurę spełnia najwyższe standardy muzycznych telewizji i kanałów na YouTube.

Nie dziwi mnie werdykt jury Teatroteka FEST 2018, które przyznało “Sprawie Rity G.” Grand Prix. Spektakl obejrzałem z wielką przyjemnością i mogę go polecić każdemu. Problem jednak pojawia się, kiedy seans się kończy.

“Sprawa Rity G.”  jest jak pokaz fajerwerków – to niezwykle efektowny popis aktorów, reżyserki i całej ekipy realizacyjnej.

Tylko kiedy wszystkie fajerki wystrzelą nie bardzo mamy już o czym rozmawiać. Gdzieś gubi się przesłanie, a może zwyczajnie go brak w teatrze telewizji epoki teledysków.

Zastanawiam się czy nie jest to w pewnym stopniu kwestia oderwania spektaklu od nieoczywistego faktu, że nawiązuje on do zupełnie rzeczywistych wydarzeń. Być może na koniec powinniśmy otrzymać pewną dawkę informacji o prawdziwej Ricie Gonczarowej i jej głośnym w latach 30. ubiegłego wieku procesie. Nie mam wątpliwości, że ten brukowej historii przedwojennej Polski nie jest powszechnie znany nawet wysublimowanej teatralnej widowni. Może przy podaniu tej informacji byłaby możliwość zainspirowania widza do dalszej refleksji, zadania mu pracy domowej. Bez tego dostaliśmy doskonale przyrządzony teatr telewizji w formule teledysku, która nie za bardzo może i chce nas zmusić do myślenia po zakończeniu seansu. Szkoda.

Miłosz Manasterski 

 

Więcej:

“Sprawa Rity G.” z Grand Prix Teatroteka Fest

“Sprawa Rity G.”: rozmowa z Darią Kopiec i Martyną Byczkowską

Related Post