Miłosz Manasterski: Iluzja bezpartyjności

Miłosz Manasterski

 

Od wielu lat w wyborach samorządowych powtarzane jest magiczne zaklęcie: kandydat bezpartyjny, apolityczny. Mamy już nawet komitet “Bezpartyjni Samorządowcy” których organizacja zdobyła spore poparcie w wyborach sejmików wojewódzkich. Pamiętajmy jednak, że tzw. bezpartyjność to wyłącznie zagranie marketingowe.

Partia to organizacja powołana w celu przejęcia i utrzymania władzy. Mamy więc wielkie ogólnopolskie partie – PiS, PO, PSL czy SLD walczące o władzę szczebla centralnego. Ale czym różni się od nich organizacja walcząca o władzę na niższych szczeblach – województwa, powiatu czy gminy? Maskowane pod szyldem stowarzyszenia, komitetu, forum czy koalicji małe partie lokalne działają dokładnie tak samo jak te wielkie, mają tylko ograniczone ambicje. Walczą o fotel Prezydenta Miasta a nie Polski, o mandat w powiecie a nie w Sejmie.

Logika demokracji lokalnej wymusza funkcjonowanie struktur partyjnych, nawet jeśli nie są one tak nazywane.

Jeśli w gminie jest 20 mandatów radnych, to burmistrz czy wójt aby mieć większość potrzebuje wprowadzić minimum 11 radnych ze swojej organizacji. I musi tym zasobem ludzkim zarządzać tak samo skutecznie jak duże partie i to przez całą kadencję, żeby nie utracić realnej zdolności zarządzania gminą. Potrzebuje też odpowiednich struktur by przeprowadzić samą kampanię wyborczą, potrzebuje kandydatów i działaczy wspierających kampanię. A w samej kampanii będzie stosować  identyczne metody walki politycznej co jego rzekomo upolitycznieni i partyjni przeciwnicy. W rzeczywistości wyborca wybiera partią a jej bezpartyjnością, a tylko pomiędzy partiami lokalnymi i ogólnopolskimi. Problem w tym, że te małe partie, unikające tego określenia, usiłują wmówić, że postawienie na ich kandydatów jest uwalnianiem samorządu od polityki.

Bywa i tak, że wielka partia ubiera się w kostium lokalnego komitetu.

Niezależne i apolityczne komitety wyborcze często mają na swoich listach osoby przynależące do partii. Doskonałym przykładem tego był “KWW Hanny Zdanowskiej” zarejestrowany w Łodzi, którego nazwa sugerowała, że Hanna Zdanowska jest kandydatką niezależną. A przecież pozostaje ona szefową regionalnej Platformy Obywatelskiej. Podobnie z kandydatem PO i aktualnym Prezydentem Legionowa Robertem Smogorzewskim, który kandydował w ramach niezależnego komitetu, choć jeszcze na kilka dni przed wyborami pozostawał członkiem PO.

Niezależności i apolityczności komitetu lokalnego używa się w często celach manipulacji opinią publiczną.

Ta celowa dezinformacja ma na celu pozyskanie głosów z wielu środowisk, które w przypadku “obrandowania kandydata” przez ogólnopolską partię polityczną nie byłyby skłonne oddać na niego głosu.  O tym poglądy kandydata są lewicowe, konserwatywne czy liberalne wyborcy dowiedzą się dopiero po głosowaniu, kiedy wybranemu przyjdzie sprawować mandat.

Przestańmy mówić o upolitycznieniu samorządów jako problemie. Iluzja bezpartyjności pozostaje bowiem iluzją, niezależnie od tego, czy kandydat wielkiej partii udaje niezależnego czy reprezentuje lokalną partyjkę. Partyjne nominacje są dla wyborcy bardziej transparentne a poglądy kandydatów bardziej klarowne. Realne problemy samorządów to jakość zarządzania i często bardzo niskie kompetencje kandydatów do władz samorządowych.

 

Agencja Informacyjna

Miłosz Manasterski, Redaktor Naczelny Agencji Informacyjnej

Agencja Informacyjna, Opinie ,  Moje obserwatorium, 31.10.2018,

 

Related Post